„Dwa treningi w tygodniu to chyba za dużo, dziecko będzie przemęczone.” Słyszę to zdanie regularnie — i mówią je rodzice, którym naprawdę zależy. Właśnie dlatego chcę się do niego odnieść.
Skąd bierze się to myślenie
Dziecko ma szkołę. Potem angielski. Potem kółko, korepetycje, może logopeda. Rodzic patrzy na ten grafik i widzi mnóstwo zajęć, więc dokładanie czegokolwiek wydaje się okrucieństwem.
Ale warto przyjrzeć się, czym ten grafik jest wypełniony. Większość tych godzin dziecko spędza siedząc. Dokładanie do tego jednego treningu nie jest dokładaniem zmęczenia — jest odejmowaniem siedzenia.
To nie jest ta sama waluta. Godzina w ławce i godzina biegania obciążają dziecko w zupełnie inny sposób.
Liczby, które powinny dać do myślenia
Z raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że co trzecie dziecko w Polsce w wieku 7–9 lat ma nadwagę lub otyłość. Polskie dzieci tyją w jednym z najszybszych temp w Europie.
Nie przytaczam tego, żeby straszyć. Przytaczam, bo zdanie „dwa treningi to za dużo” i te dane nie mogą być jednocześnie prawdziwe.

Ruch nie zabiera czasu na naukę. On go dokłada
To chyba największe nieporozumienie, z jakim się spotykam — że sport konkuruje ze szkołą. W praktyce jest odwrotnie.
Łatwiej się skupić. Dziecko, które wcześniej się wybiegało, siada do zadania domowego spokojniejsze. Każdy rodzic, który to przetestował, wie to bez badań.
Mniej chorowania i lepsza postawa. Regularny ruch wspiera odporność i prawidłowy rozwój kręgosłupa — a z postawą u dzieci spędzających dnie przy biurku bywa coraz gorzej.
Jest gdzie rozładować napięcie. Dzieci też mają stresujące dni. Różnica polega na tym, że dorosły umie o tym powiedzieć, a dziecko musi to z siebie wyrzucić w ruchu.
Uczy rzeczy, których nie da się nauczyć w ławce. Współpracy, czekania na swoją kolej, przegrywania bez płaczu i wracania w przyszłym tygodniu mimo porażki.

Pułapka wygody — i nie rzucam tu kamieniem
Wracamy z pracy zmęczeni. Gotowa pizza z dyskontu zamiast kolacji, bajka zamiast spaceru, bo brakuje siły na tłumaczenie, dlaczego warto inaczej. Znam to i sam czasem tak mam.
Nie chodzi o to, żeby być idealnym rodzicem. Chodzi o to, żeby wygoda nie stała się domyślnym ustawieniem na co dzień.
Kto dziś jest dla dzieci autorytetem
Kiedyś wzorem był ktoś, kto pokazywał wartość ciężkiej pracy i zasad. Dziś uwagę najmłodszych przejmują ludzie z internetu, którzy sprzedają im kolejny „hit” i nie mają żadnego interesu w tym, żeby dziecko wyrosło na zdrowego dorosłego.
Nie wygramy tego zakazami. Wygrywamy to, dając dziecku coś, co jest po prostu ciekawsze niż ekran.
Nie chodzi o to, żeby zapisać dziecko na wszystko
Tu uczciwie: nie namawiam, żeby dołożyć Wam do grafiku kolejne trzy pozycje. Namawiam do balansu.
Wspólny spacer. Rower w sobotę. Godzina na podwórku albo na placu zabaw bez planu i bez instruktora. To wszystko liczy się tak samo jak zorganizowany trening — a czasem bardziej, bo dziecko robi to z własnej woli.

Najprostsza zasada, jaką znam: najlepszy ruch to ten, na który dziecko chce wracać. Reszta to szczegóły.
Co z tym robimy u nas
Codziennie staram się pokazać dzieciom, że trening to nie kolejny przykry obowiązek, tylko godzina, na którą się czeka. Dlatego u nas nie ma selekcji ani testów sprawnościowych — nie dzielimy dzieci na lepsze i gorsze, bo to najszybszy sposób, żeby zniechęcić je do sportu na lata.
Prowadzimy zajęcia dla dzieci od 2 do 12 lat w Wolsztynie, Siedlcu, Wielichowie i Kębłowie. Najmłodsi ćwiczą razem z rodzicem na zajęciach rodzinnych, starsi trenują samodzielnie.
Jeśli zastanawiacie się, co dziecku kupić na start — zebraliśmy to w osobnym wpisie. Krótko: mniej, niż się wydaje.
Zacznijcie od jednego treningu
Pierwsze 2 zajęcia są bezpłatne — bez zobowiązań i bez podpisywania czegokolwiek. Przyjdźcie, zobaczcie, jak dziecko reaguje, i dopiero wtedy zdecydujcie.
A jeśli po tych zajęciach uznacie, że to nie dla Was — też dobrze. Ważne, żeby dziecko się ruszało. Niekoniecznie u nas.